Akcja „Wisła” – czas na pamięć obywatelską

15 апреля, 18:14
MSWiA odmówiło finansowania wydarzeń z okazji 70. rocznicy akcji „Wisła”. A przecież Senat uznał w 1990 roku tę tragedię za „naruszenie podstawowych praw człowieka”.

Zacznijmy od przypomnienia faktów. W tym roku przypada 70. rocznica wydarzenia wyjątkowo tragicznego – akcji „Wisła”, czyli przymusowego przesiedlenia obywateli polskich narodowości ukraińskiej z ziem, które ludność ta zamieszkiwała od wieków. Zastosowano tu odpowiedzialność zbiorową – wszyscy Ukraińcy i Łemkowie zostali „ukarani” za walkę, jaką z komunistycznymi władzami polskimi toczyła na południowo-wschodnich ziemiach Polski UPA. W istocie jednak celem, jaki stawiali sobie komuniści, była likwidacja społeczności ukraińskiej w Polsce – przesiedlenia prowadzone były tak, aby doprowadzić do jej rozproszenia, a towarzyszył im całkowity zakaz kultywowania życia społecznego, niszczenie dziedzictwa kulturowego, a także prześladowania i faktyczna próba likwidacji Cerkwi greckokatolickiej.

Wolna Polska jednoznacznie potępiła tę komunistyczną zbrodnię, czego wyrazem była specjalna uchwała Senatu RP z roku 1990. Dotychczasowe władze, niezależnie od swych barw politycznych, dbały o kultywowanie pamięci o przesiedleniach i wspierały organizacje mniejszości narodowych i etnicznych upamiętniające te wydarzenia. W tym roku stało się inaczej – bez żadnego merytorycznego uzasadnienia odpowiedzialne za sprawy mniejszości MSWiA odmówiło finansowania jakichkolwiek wydarzeń związanych z okrągłą rocznicą akcji „Wisła”.

Mamy więc do czynienia z sytuacją bezprecedensową, której ocena nie może budzić wątpliwości: oto polski rząd odmówił udziału w upamiętnieniu komunistycznej zbrodni, której ofiarami padli polscy obywatele. A przecież powinien postąpić inaczej – i to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze: niezależnie od tego, na ile polski rząd musi poczuwać się do odpowiedzialności za zbrodnie dokonane przez komunistyczne państwo polskie, to z pewnością winien jest pamięć o krzywdzie, jakiej doznali polscy obywatele. Po drugie: ze względów geopolitycznych rząd powinien starać się o dobre stosunki z Ukrainą, a dialog dotyczący przeszłości jest częścią budowania owych stosunków.

Naiwnością byłoby jednak przekonanie, że którakolwiek z tych przesłanek jest dla PiS rzeczywiście na tyle istotna, aby partia ta w sprawie obchodów rocznicy akcji „Wisła” zajęła inne stanowisko. Pomińmy sprawę geopolityki i stosunków z Ukrainą – można odnieść wrażenie, że obecna ekipa nie ma do nich serca, coraz bardziej też w ostatnich miesiącach jej polityka wobec sąsiada staje się zakładnikiem kwestii historycznych. Trudno zresztą wyobrazić sobie, aby w swej polityce wewnętrznej PiS zmieniało cokolwiek z powodu polityki zagranicznej – zasadniczo kieruje się dokładnie odwrotną logiką.

Kwestię stosunków państwowych między Polską a Ukrainą możemy też wziąć w nawias z innego jeszcze powodu. Sprawy żyjących w Polsce mniejszości narodowych z polityką zagraniczną nie mają nic wspólnego – to kwestia jak najbardziej wewnętrzna, bo dotyczy stosunku państwa polskiego do polskich obywateli. Nie inaczej jest z pamięcią o zbrodniach popełnionych przez komunistów na obywatelach polskich narodowości ukraińskiej. Jeśli pojęcie obywatelstwa traktuje się poważnie, konsekwencją tego jest także kultywowanie pamięci o wszystkich mieszkańcach Rzeczypospolitej, którzy doznali krzywdy – tych zamordowanych przez Niemców czy Sowietów, przez ukraińską, ale też przez polską partyzantkę czy w końcu: polskie władze komunistyczne. Paradoksalnie, mimo swego ostentacyjnego antykomunizmu, także z tym ostatnim PiS ma wyraźny problem.

Jest to jednak prosta konsekwencja myślenia o sprawie obywatelstwa i narodowości. Rządząca obecnie partia wyraźnie stawia na to drugie i nie chodzi tylko o dodawanie, gdzie tylko się da, przymiotnika „narodowy”. Papierkiem lakmusowym myślenia o tych sprawach jest właśnie stosunek do mniejszości narodowych. Tymczasem to ze środowiska PiS od lat padają głosy o konieczności uzależnienia stosunku do mniejszości niemieckiej w Polsce od polityki RFN wobec żyjących w Niemczech Polaków (zaskakujące rozumienie suwerenności, w którym stosunek państwa do własnych obywateli jest pochodną polityki innego kraju!). To posłanka PiS Józefa Szczurek-Żelazko na posiedzeniu sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych stwierdziła: „Nie usłyszałam nigdy słów wdzięczności za to, co naród polski zrobił dla mniejszości ukraińskiej. Z przykrością stwierdzam, że cały czas jest taka postawa roszczeniowa”. Trudno o lepszą ilustrację myślenia, w którym gospodarzem w Polsce są etniczni Polacy, a obywatele innych narodowości, choć zamieszkują tu od wieków, powinni występować z pozycji petenta, wdzięcznego za dobro, jakiego od państwa doświadczają. Dobro – dodajmy – które w języku demokracji nazywa się realizacją praw obywatelskich.

Za tym sposobem myślenia i deklaracjami idą też działania lub ich brak. Od początku roku – występując właśnie z pozycji petenta – organizacje mniejszości narodowych i etnicznych nie mogą doprosić się od MSWiA należnych im środków na swe funkcjonowanie. Ale są i inne sprawy pokazujące, że państwo w istocie nie chce wspierać, lecz raczej zwalcza działania mniejszości służące kultywowaniu ich istnienia. Trudno nie zauważyć choćby, że –wprowadzane z całkowitym lekceważeniem opinii środowiska lokalnego – zmiany granic administracyjnych Opola służyły w istocie wchłonięciu przez miasto gmin, w których istotną grupę mieszkańców stanowią Niemcy. Wreszcie, w kwestiach dotyczących spraw historycznych, przypomnieć trzeba brak ze strony rządzących właściwej reakcji czy choćby słów potępienia na takie wydarzenia ostatnich miesięcy jak niszczenie ukraińskich grobów i pomników czy atak na ukraińską procesję religijną w Przemyślu.

Naiwnością byłoby sądzić, że PiS w sprawie akcji „Wisła” przyjmie inną politykę, także pamiętając, jak do sprawy ta partia przy okazji 65. jej rocznicy. W roku 2012 posłowie PiS utrącili projekt projekt uchwały w tej sprawie, potępiający działania komunistycznych władz, które były – jak ujęto w projekcie, za uchwałą Senatu z roku 1990 – „naruszeniem podstawowych praw człowieka”. Trudno nie było odnieść wrażenia, że zrobiliśmy krok wstecz.

Jarosław Kaczyński w jednym z wywiadów bronił wówczas linii swojej formacji: „Nie widzimy powodu, żeby tę akcję potępiać, tym bardziej, że Ukraińcy nie chcą potępić ludobójstwa, popełnionego przez UPA. W akcji «Wisła» ludobójstwa nie było. Wywożono ludzi z ich domów, to jest złe, nie twierdzimy, że to jest dobre, ale powody były. Poza tym my odrzucamy politykę, przyjętą przeszło 20 lat temu, że wszystkim dookoła się kłaniamy, wszystkich przepraszamy, tylko nas jakoś nikt nie chce przeprosić”.

Nie byłoby uczciwie nie dostrzec, że ze strony środowiska PiS padały też słowa inaczej oceniające wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat. O akcji „Wisła” mówiono więc, że „stała się przykładem niesprawiedliwości, będącej skutkiem działań totalitarnych władz komunistycznych” i – za uchwałą Senatu RP z roku 1990 – potępiano ją. Tyle że tego głosu nie było już słychać ani pięć lat temu, w czasie obchodów 65. rocznicy, ani nie słychać go teraz. Prezydent Lech Kaczyński – który podpisał się pod nimi we wspólnej z prezydentem Juszczenką deklaracji z okazji 60. rocznicy akcji „Wisła” – nie żyje już od siedmiu lat.