Polacy o Ukraińcach

16 января, 13:17
Pogardliwe teksty, pogardliwe spojrzenia, pogardliwe traktowanie

- W relacjach polsko-ukraińskich mamy teraz najgorszy czas od 1989 r. Język pogardy burzy nam jakąkolwiek formę dialogu - mówi Anna Dąbrowska, prezeska stowarzyszenia Homo Faber.

PAWEŁ KRYSIAK: Polacy wciąż cieszą się sporą sympatią na Ukrainie, u nas jednak tendencje są niepokojące. Badania CBOS z ub.r. pokazały, że po raz pierwszy od wielu lat więcej było Polaków niechętnych Ukraińcom niż im przyjaznych. Co my właściwie czujemy do Ukraińców? 

ANNA DĄBROWSKA*: Pogardę. To ona nas napędza. Pogardliwe teksty, pogardliwe spojrzenia, pogardliwe odzywki, pogardliwe traktowanie, także przez niektóre władze publiczne.

Pamiętasz incydent w jednej z polskich rozgłośni radiowych, kiedy prezenterzy "żartowali" na temat "swoich Ukrainek", które sprzątają w ich domach? 

- Oni powiedzieli coś, co wielu ludzi chciało usłyszeć. Niedługo po tym incydencie mieliśmy warsztaty z młodymi ludźmi. Mój kolega przejrzał fora internetowe największych polskich portali z ostatnich dwóch tygodni. Zebrał komentarze, w których Polacy opowiadają o Ukrainkach sprzątających u nich w domach. To była pogarda wyrażona rynsztokowym, obrzydliwym językiem. W relacjach polsko-ukraińskich mamy teraz najgorszy czas od 1989 r. Język pogardy burzy nam jakąkolwiek formę dialogu.

Utrwala się stereotyp Ukraińców jako naszych służących? 

- Tak. Leją nam benzynę do baku, podają obiad. Sytuujemy ich poza nami.

Do tego jeszcze film "Wołyń" dopowiada nam, że oni nas bestialsko mordowali. Jak ty jako prezeska Homo Faber - organizacji, która walczy z dyskryminacją - odbierasz ten film? 

- Pierwszą moją reakcją była złość na pokolenie "Solidarności", na ludzi, którzy doprowadzili do pokojowej transformacji w Polsce. To oni powinni zająć się Wołyniem, i to wiele lat temu, w euforii wychodzenia z komunizmu. Ważni dla mnie ludzie, tacy jak Kuroń, Mazowiecki czy Geremek, byli w stanie ten ciężar unieść. Była szansa, aby dyskusję o Wołyniu przeprowadzić i zamknąć. Zadbać o to, abyśmy wyszli z niej zwycięsko - pochowali zmarłych i zajęli się dialogiem. Oczywiście, można powiedzieć, że w Polsce były wtedy ważniejsze sprawy. Rozumiem. Natomiast, mówiąc brutalnie, dziś nie widzę w Polsce nikogo, kto mógłby ten dialog udźwignąć. Dziś Kuronia już nie ma.

Wracając do filmu. Pierwsza część to opowieść o tym, jak narasta konflikt. Jednak większość widzów kompletnie nie odczyta tych subtelnych aluzji i komentarzy odreżyserskich. Ja je dostrzegam i doceniam, ale tylko dlatego, że mam dużo więcej wiedzy na temat relacji polsko-ukraińskich od przeciętnego widza. Druga część to 40 minut ostrej jazdy, wyrywania flaków. Rzeź pokazana wprost. Aż się prosi o odwet.



Na zdjęciu: Kadr z filmu "Wołyń". 

Co oprócz "Wołynia" może nam popsuć relacje polsko-ukraińskie? 

- Polski rząd. Wysocy urzędnicy państwowi bezwstydnie posługują się językiem nienawiści i nakręcają mechanizm strachu wobec innych. I przeraża mnie to bardziej niż film Smarzowskiego. Pani premier kompromituje się na forum UE, mówiąc, że mamy milion uchodźców z Ukrainy. Ministrowie bagatelizują przejawy agresji na tle rasistowskim czy ksenofobicznym. Władza daje przyzwolenie na zło. A przecież jest odpowiedzialna nie tylko za Polaków, ale też za wszystkich ludzi, którzy tutaj mieszkają.

Przykład idzie z góry. Dalej jest już łatwo. Wydarzenia w Ełku, ale także te przemyskie, te dziejące się na co dzień w mniejszych miastach Polski, do których światła kamer nie zawsze docierają, pokazują, w jak kruchej rzeczywistości się obracamy. Płonące paryskie przedmieścia nie zostawiły w nas niczego poza trwogą. A niezgodę migrantów na złe, często haniebne traktowanie zwykło się u nas sprowadzać do pogardliwego słowa "roszczeniowość". Bo o równości też niewiele wiemy.

W Ełku mężczyzna w afekcie zabił złodzieja. To fakt. Gdy nałożyć na niego rys narodowościowy, tworzy się wojna światów. Wciąż jednak powtarzam, że to nie religia zabija, nie zabija też narodowość czy etnia. Zabijają konkretni ludzie.

Zatem co robić? 

- Na przykład wspierać nauczycieli. Jestem zwolenniczką pracy u podstaw. Może ktoś się śmiać, ale ja się czuję taką siłaczką z powieści pozytywistycznych. Robimy swoje. Nasze stowarzyszenie Homo Faber organizuje od lat wycieczki wielokulturowe po Lubelszczyźnie. Nazywamy je Wyprawkami. Opowiadamy bardzo młodym ludziom, 10-12-letnim, o tym, że obok nich mieszkają sąsiedzi, którzy mają inną tożsamość narodową, etniczną, religijną, trochę inaczej widzą świat.

Pracujecie z dziesięciolatkami? 

- Tak. W tym wieku należy o tych sprawach rozmawiać. Tym bardziej że doświadczenie ponad 20 wycieczek, które zorganizowaliśmy przez ostatnie lata, podpowiada nam, że dzieci w wieku 10 lat naprawdę dużo wiedzą.
 

Jak taka wycieczka wygląda? Jak ją organizujecie? 

- Najpierw zgłaszają się do nas szkoły, które chcą w Wyprawkach uczestniczyć. Pierwszeństwo mają małe szkoły z Lubelszczyzny. O ósmej rano podjeżdżamy pod szkołę, na pokład autobusu zabieramy 40 dzieci i trzy nauczycielki. A potem przez 12 godzin za pomocą różnorodnych aktywnych form rozmawiamy i uczymy się o mniejszościach narodowych, etnicznych i religijnych. Podstawą są oczywiście prawa człowieka. Ważną cechą Wyprawek jest ich lokalność - jeździmy po najbliższej okolicy, odwiedzamy sąsiednie miejscowości. Mamy się dowiedzieć, skąd jesteśmy, co nas kształtuje, kim są nasi sąsiedzi. Poznajemy więc Ukraińców, Tatarów, Romów, Żydów, poznajemy prawosławie, grekokatolicyzm, islam. Opowiadamy o islamie, który jest tutaj, za miedzą. Tłumaczymy, że muzułmanin to nie jest jakiś zamaskowany pan, który ma ochotę wysadzić nam świat, że to jest sąsiad w wiosce obok, który modli się do Allaha.

Co ważne, nie opowiadamy o tych światach poprzez analogie. Ja nie mówię, że rabin to jest taki ksiądz, bo to nieprawda. Nie jesteśmy w stanie za pomocą porównań wszystkiego sobie wyjaśnić. Konflikty i nieporozumienia rodzą się wtedy, kiedy brakuje nam analogii. Zajmujemy się tym, co trudne, aby dzieci, które idą w świat, dostały od nas wyprawkę, czyli pakiet podstawowej wiedzy, aby nie bały się innych ludzi i miały poczucie, że wiedzą, kim oni są.

Ostatnio czytałam bardzo ciekawą książkę o tożsamości byłych niewolników amerykańskich - "Droga do domu" Yaa Gyasi. Ona jest między innymi o tym, że zło rodzi zło, że zło świata zaczęło się od zła w naszym własnym domu. Wyprawki z Homo Faber są właśnie po to, żeby w naszych domach nie pojawiło się zło, które podpali nam świat.

Obawiam się, że w szkołach mówi się niewiele o prawach człowieka. O tym, że obok wiedzy ważny jest szacunek dla drugiego człowieka. 

- Jeszcze do niedawna w szkolnym wychowaniu królował liberalny przekaz. Najważniejsze są moja piątka i mój indywidualny sukces. Teraz promuje się wspólnotowość, działania kolektywne. Tylko szkoda, że próbuje się to wszystko ubrać w przyciasny endecki mundurek.

Kiedy przekonałaś się o tym, że w naszych relacjach z Ukraińcami, Żydami, generalnie z innymi jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia? Kiedy poczułaś, że nie wszystko jest w porządku? 

- Zacznijmy od tego, że ja nigdy nie miałam poczucia, że jest dobrze. Słyszałam, jak zwyczajni ludzie wypowiadają się o Ukraińcach, jakich słów używają, mówiąc o Żydach. Mamy bardzo dużo niezałatwionych spraw. Przekonałam się o tym, kiedy jeździliśmy po wsiach nadbużańskich, po dawnych sztetlach, zbierając historie mówione. Interesowały nas relacje świadków, którzy pamiętają lata 30. i II wojnę światową. Reakcje ludzi były różne. Większość była przekonana, że jesteśmy Żydami, którzy przyjechali odebrać żydowskie domy, stoły, widelce. Niektórzy tłumaczyli, dlaczego nic nie zrobili w czasie wojny, aby uratować Żydów. Ciążyła im świadomość, że byli tacy, którzy kogoś uratowali. Nasze pojawienie się stało się katalizatorem wszystkich traum, trudnych emocji, które schowano na lata. Wyszły na jaw i domagały się komentarza, wyjaśnienia. Tłumaczyliśmy zawsze, że nie jesteśmy od osądzania.

Mamy swoje nieobgadane sprawy. Jednak dyskusja wokół Jedwabnego była w pewnym stopniu oczyszczająca. Toczyła się w mediach, w gronie ekspertów, a także przy rodzinnych stołach. Przeszliśmy pewien proces. Byliśmy przekonani, że tak samo pójdzie z "Wołyniem", że przepracujemy tę tragedię. Tymczasem jesteśmy ciągle w środku i nie wiemy, co dalej. Utknęliśmy. "Wołyń" zabetonował nam mózgi.

Mam wrażenie, że my, Polacy, cały czas jesteśmy unurzani w martyrologii. Chętnie widzimy siebie tylko w roli ofiary. I przy każdej możliwej okazji wylewa się z nas nasza krzywda narodowa. I jako ofiary oczekujemy przeprosin. Oczekujemy od innych, że padną na kolana. Zarówno w kwestiach polsko-żydowskich, jak i polsko-ukraińskich. To jest dla mnie nie do zaakceptowania. A przecież jako bez wątpienia silniejsza strona od Ukrainy moglibyśmy przejąć ten dialog i w sposób humanistyczny doprowadzić do jego końca. Ale nie! My będziemy w nieskończoność grzebać w ranach i podliczać, kto bardziej ucierpiał.

Nie jesteśmy w stanie uświadomić sobie, że byliśmy także sprawcami nieszczęść i krzywd innych ludzi. Podczas dyskusji o Jedwabnem trzeba było się zmierzyć z wykrzywioną, nienawistną twarzą Polaka, który wyszedł z domu i zamordował swojego sąsiada Żyda. Zrobiliśmy to. Jednak już kompletnie nie akceptujemy tego, że taki sam Polak z wykrzywioną twarzą szedł pacyfikować ukraińskie wsie.



Na zdjęciu: Jedna z cerkwi na Chełmszczyźnie zburzona w 1938 r. na polecenie polskich władz. 

Mieszkałem w latach 90. na pograniczu polsko-niemieckim. Tam Niemcy były tą silniejszą stroną. Ale zawsze dbali o to, żeby Polacy tego nie odczuli. Pomagali Polsce, ale troszczyli się o to, aby odbywało się wszystko na zasadzie partnerstwa. Tu, na naszym pograniczu, czasami mam wrażenie, że się z tą pomocą obnosimy. 

- Bardzo nie lubię stwierdzenia "Polacy pomagają Ukrainie". Gdy to słyszę, zaraz chcę zapytać: Kto z państwa pomaga Ukrainie? Proste pytanie. Policzmy tych Polaków. Ile powstało polsko-ukraińskich instytucji wspierających dialog?

Miał powstać uniwersytet polsko-ukraiński i nie ma go do dziś. 

- No właśnie. Nie za bardzo mamy się czym pochwalić. Lublin jest miejscem trochę wyjątkowym. We władzach miasta jest duża otwartość i mocne przeświadczenie, że my tu jesteśmy ważnym graczem, że widzimy swoją rolę w dialogu. I ja to bardzo doceniam. Mamy Kongres Inicjatyw Europy Wschodniej, bardzo ważne przedsięwzięcie. W urzędzie miasta jest specjalna komórka, która zajmuje się studentami z Ukrainy. Na poziomie urzędników jest OK. A to niezwykle ważne, by pozytyw szedł z góry. Teraz ważne jest, aby przenieść to na poziom ludzki. Ale do tego trzeba dobrych, sprawdzonych narzędzi, dzięki którym ludzie na co dzień będą chcieli i potrafili konstruować dialog z drugą stroną.

Mamy za sobą ćwierć wieku wolnej Polski i raptem w czerwcu ub.r. w Przemyślu religijna procesja mniejszości ukraińskiej zostaje zaatakowana przez narodowców. Jak ty odebrałaś to wydarzenie? 

- Przyznaję, że dowiedziałam się o tym dopiero po jakimś czasie. Pracuję w organizacji pozarządowej, która zajmuje się prawami człowieka. Jestem żywo zainteresowana kwestiami mniejszościowymi i kompletnie ominęła mnie jakakolwiek informacja o tym, że w Przemyślu dzieje się źle. I poczułam się z tym fatalnie. Wiemy, co się dzieje na naszym podwórku lubelskim, warszawskim, ale ten głos dochodzący z oddali kompletnie nas omija, a czasem to peryferie pokazują nam, jak jest, jakie są nastroje społeczne. Pojechałam do Przemyśla, spotkałam się z mniejszością ukraińską, zaczęliśmy rozmawiać. Tragizm tej sytuacji polega na zapętleniu - oni są polskimi obywatelami, stąd, żyją w Przemyślu z dziada pradziada. I niemal codziennie odczuwają zagrożenie. Boją się o siebie i swoje dzieci. Ukraińcy z Przemyśla czują się jak przed pogromem.

"Za Wołyń" - reportaż "Dużego Formatu"
 

Na filmikach w internecie widać ludzi w oknach, na chodnikach. Myślę, że Ukraińcy idący w tej procesji czuli, że nie tylko atakują ich ci narodowcy, ale także ci, którzy patrzyli. 

- Nikt się za nimi nie ujął. Oni widzą tylko odwrócone plecy.

Strach cały czas narasta? 

- Po tej procesji w miejscach, gdzie mieszkają Ukraińcy, pojawiły się napisy "Jeszcze się spotkamy", ktoś namalował tryzuby na szubienicach, ktoś porysował samochody. Chłopaki stoją przed ukraińską szkołą i krzyczą za 10-letnimi dziewczynkami, wyzywając je od banderowskich kurew. Może to ci sami, którzy podczas procesji krzyczeli "znajdzie się kij na banderowski ryj". Działania przeciw ukraińskiej społeczności są seryjne i zorganizowane, skumulowane w dość krótkim czasie. Towarzyszy temu brak zdecydowanej reakcji. Ludzie czują, do czego to doprowadzi. Historia podpowiada im wiele rozwiązań, a wszystkie są tragiczne. Po tym, co zobaczyłam w Przemyślu, nasuwają się pytania. Czyja jest Polska? Czy Polskę przejęli nam ludzie, którzy domagają się od polskich obywateli o ukraińskiej tożsamości, aby się stąd wynieśli? Na jakiej podstawie? Przecież każdy, kto ma ochotę mieszkać w Polsce, ma do tego prawo. Ta Polska jest każdego, kto tu jest. Ale mam wrażenie, że takie myślenie jest, niestety, mniejszościowe.



Na zdjęciu: 26.06.2016, Przemyśl. Pikieta grupy przedstawicieli środowisk narodowych. 

Dlaczego część Polaków w Przemyślu uważa, że symbol tryzuba jest wymierzony przeciwko nim? 

- Oni uważają, że Ukraińcy są przeciwko nim, że Ukraińcy są przeciwko Polsce.

To jest jakaś klęska całej naszej edukacji. 

- Koszmarna klęska. Pokutują w niej opowieści o Polsce przedwojennej, o wspaniałym, tolerancyjnym, wielokulturowym kraju. Domorosła mitologia, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Sytuacja w Przemyślu świadczy o tym, że my tak naprawdę nigdy nie nauczyliśmy się inności. Mogliśmy się tego nauczyć w 20-leciu międzywojennym, ale z tego nie skorzystaliśmy. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, żyliśmy w jednym kraju, ale osobno. Nikt nie był zainteresowany dialogiem. Polacy mówili Żydom i Ukraińcom: "jeżeli chcecie być częścią naszej społeczności, mieć taki sam dostęp do zasobów jak my, to musicie się asymilować, musicie stać się Polakami". Kiedy Żydzi zgolili pejsy, ochrzcili się, zmienili nazwiska, to i tak wszyscy im wypominali pochodzenie. Tak samo było z Ukraińcami. Dla mniejszości to było upadlające doświadczenie. Asymilacja jest najgorszym z modeli. Jak można wymuszać na ludziach, żeby wyrzekli się swojej tożsamości i poszli polską drogą? A co to jest ta polska droga? Co to jest w ogóle ta polskość? Czego my chcemy nauczyć tych ludzi? Nakażemy im być tacy jak my? To znaczy jacy mają być? Po wojnie żyliśmy w PRL-u. Nie był to dobry czas, abyśmy mogli się przyjrzeć tej nieodrobionej lekcji wielokulturowości Polski. Fakty są takie, że zniszczyliśmy prawie wszystkie cmentarze żydowskie, zostały wyrugowane z naszej symbolicznej pamięci. Teraz chcemy z przestrzeni symbolicznej wypchnąć Ukraińców. Zawsze tylko my tu byliśmy i Polska jest tylko nasza. A przecież Żydzi mieszkali tuż obok, Ukraińcy także. Byliśmy blisko. Nie będziemy mieć już bliższych sąsiadów. To, co się dzieje w Przemyślu, to efekt zmarnowanych szans na konstruowanie dialogu. Teraz polska polityka migracyjna może pójść w jakąś totalnie skrajną stronę. A jeśli władze polskie powiedzą, że dla innych nie ma tu miejsca?

Jakie są nastroje Ukraińców tu, w Lublinie? 

- W Lublinie jeszcze cały czas jest dobrze. Są takie sytuacje, że ktoś zaczepia kogoś na ulicy i mówi, że tu jest Polska i trzeba rozmawiać po polsku, ktoś inny domaga się przeprosin za Wołyń. To są jednak zdarzenia incydentalne. Przemyśl i Lublin to są kompletnie nieporównywalne rzeczywistości. W Lublinie ciągle Ukraińcy czują się bezpiecznie, czują, że mogą korzystać z tego miasta na takich samych zasadach jak Polacy. Mam na myśli przede wszystkim studentów. Natomiast ci, którzy pracują już, aż tak dobrego zdania o Polsce nie mają. Słyszymy wiele opowieści o tym, jak to polscy pracodawcy nie płacą Ukraińcom, jak ich wykorzystują, oszukują. Wracamy do pogardy.

Przychodzą do was ze skargami na pracodawców? 

- Nie. To tak nie działa. Jeśli jesteś cudzoziemcem, to czujesz, że należysz do najsłabszej grupy. Gorzej znasz język, nie znasz kultury, nie znasz zasad, obyczajów, jesteś ostatnią osobą, która pójdzie na skargę. Ukraińcy starają się nie zwracać na siebie uwagi, bo wiedzą, że zawsze przegrają, bo są najsłabszą stroną w potyczkach międzyludzkich. Ukraińcy są absolutnie najgrzeczniejszą, najmniej łamiącą prawo grupą cudzoziemców w Polsce. Powinniśmy być wdzięczni, że to właśnie oni do nas przyjeżdżają do pracy, że biorą te marne grosze za pracę, której Polacy już nie chcą wykonywać. A my ciągle żyjemy w przekonaniu, że Polska jest takim biednym krajem na dorobku. Skończmy z tym. Polska jest bezpiecznym, bogatym krajem, do którego ludzie chcą migrować z Ukrainy. I powinniśmy się cieszyć, bo inaczej mielibyśmy koszmarną sytuację gospodarczą. W Polsce pracuje prawie milion osób z Ukrainy. Szanujmy ich. Powinniśmy znaleźć przestrzeń dla tych, których edukujemy np. w Lublinie. Przez pięć lat mieszka tu masa młodych ludzi z Ukrainy i mamy ogromny wpływ na to, jakie będzie ich nastawienie do Polski, co oni o tej Polsce będą wiedzieć i czy będą chcieli tutaj zostać. To jest gigantyczny kapitał, którego ciągle nie dostrzegamy. Ale to coraz częściej są ludzie, którzy nie chcą za marne grosze pracować w kebabie. Powinniśmy dawać im szansę i zachęcać, aby zechcieli tu zostać. Jakby nie było, zainwestowaliśmy w nich. Mam na myśli wysiłek polskich wykładowców czy wszystkich organizacji pozarządowych, gdzie odbywali staże. Ten kapitał powinien do nas wrócić, tymczasem my ich chętnie wypuszczamy dalej i oni wyfruwają z tego Lublina.

Dokąd? 

- Do dużych miast, to oczywiste, ale też na Zachód. Dobrze wykształceni Ukraińcy jadą dalej, bo nie widzą w Polsce dla siebie miejsca.

Lublin i Przemyśl. Skąd w tych miastach tak duże różnice w relacjach polsko-ukraińskich? 

- One wynikają z historii. Dyskurs ukraiński w dużej mierze został skonstruowany na podstawie mieszkańców wsi nadbużańskich, Łemków, Bojków. Tymczasem Przemyśl to jest takie miejsce, które dokłada do tych historii wiejskich i tradycyjnych model intelektualny. Przed wojną w Przemyślu rodzi się współczesna społeczna myśl ukraińska. Ukraiński Narodowy Dom, który został odzyskany przez Związek Ukraińców, to przykład na kompletnie nowoczesny rys tej społeczności. Jeśli jest społeczność, która ma swoich intelektualistów, to inaczej się rozwija. Ma inne wyobrażenie swojego miejsca w przestrzeni. Intelektualiści mówią wyraźnie: skoro jesteśmy mniejszością, to chcemy mieć tu swoje miejsce i chcemy mieć swych przedstawicieli w ważnych instytucjach publicznych. I to jest zarzewiem konfliktu. Bo my, Polacy, chcemy, żeby oni byli siłą roboczą...

... i się w Polskę wtopili. 

- No właśnie, a na to, żeby oni mieli swój odrębny głos, żeby zaznaczyli swoją obecność, to my już nie jesteśmy w stanie się zgodzić. Jesteśmy tolerancyjni do czasu, gdy ktoś nie chce zabrać głosu. Mam wrażenie, że w Polsce dominuje przeświadczenie, że skoro przestrzegamy prawa w stosunku do cudzoziemców, to już wszystko jest załatwione. Pan prezydent Przemyśla chętnie mówi o tym, że pozwala, aby istniała ukraińska szkoła. Pozwala. Wsłuchajmy się w to słowo "pozwala". Czy tak wygląda dialog?

Kiedy słuchasz tego, co ludzie w Przemyślu mówią o mniejszości, to masz wrażenie, że Ukraińcy to jest jakieś morze ludzi. A mieszka ich tam ok. 500. Zdziesiątkowanych przez akcję "Wisła", przez wcześniejsze wysiedlenia do Sowietów, z mocnym poczuciem zagrożenia i przeświadczeniem, że są słabszą stroną. Nikt z mniejszości ukraińskiej nie mówi: chcielibyśmy, aby Przemyśl był ukraiński. Oni czują się Polakami o ukraińskiej tożsamości. Narodowcy krzyczą, żeby oni wynieśli się na Ukrainę. Oni tam się nie urodzili, nie mają paszportu, to nie jest ich państwo. To są Polacy, którzy mają prawo tu być. Najgorsze jest to, że oni nie czują się zaproszeni przez nas do jakiegokolwiek dialogu.



* ANNA DĄBROWSKA - animatorka społeczna, prezeska lubelskiego stowarzyszenia Homo Faber. Prowadzi szkolenia z zakresu praw człowieka, przeciwdziałania dyskryminacji i mowy nienawiści. Od kilku lat jeździ po Polsce, wspomagając projekty koncentrujące się wokół tożsamości, pracy z trudną historią i powojennych migracji. Członkini Grupy Wsparcia Integracji, która działa przy Kancelarii Prezydenta Miasta Lublina. Od siedmiu lat w ramach akcji "Witamy w Lublinie" projektuje działania integracyjne kierowane do cudzoziemców/cudzoziemek mieszkających w Lublinie. Współpracuje m.in. z fundacją La Strada, Amnesty International Polska.